Wszelkie prawa zastrzeżone © Mirosław D'ghy Ambroziak



wtorek, 26 maja 2009

Półwysep Reykjanes

.
Niebrzydki Kálfatjarnarkirkja wraz z kameralnym cmentarzem. Tuż obok, niewidoczne na zdjęciu, zaludnione pole golfowe.

Obszar geotermalny Krýsuvík z największym na świecie ujściem gorącej pary.

Pastwisko w okolicy Grindavíku.

Latarnia morska z widokiem na skalistą wysepkę Eldey - najbardziej na południe wysunięty kraniec Islandii. W tle elektrownia geotermalna.

Gdyby nie obłoki i błękit nieba, pomyśleć można by - księżyc i kosmiczna baza przyszłości.

Opuszczona amerykańska baza lotnicza w Keflavíku. Czy ptak na ramieniu wikinga symbolizuje ostatni okaz Alki Olbrzymiej zatłuczonej tu pałką przed 160 laty?

Nowoczesny Keflavík - miły dla oka budynek poczty.

Sangerði u kresu dnia. Mewy są wszechobecne...

Wszystkie zdjęcia można oczywiście powiększyć. Zachęcam :)

niedziela, 12 kwietnia 2009

Hvalfjörður

.
Zachodni brzeg fiordu. Tajemnicza instalacja przemysłowa - czynna choć sprawiająca wrażenie opuszczonej przed laty.

Osobliwa gra słońca, wiatru i mgły.

Stare Volvo na farmie. Tylko spakowane, oczekujące siano poświadcza obecność żywych ludzi w tym miejscu.

Stacja transformatorowa i drewniane słupy wysokiego napięcia.

Na horyzoncie Akranes. Już dalej jechać się nie da.

Zachęcam do powiększania - widać więcej i lepiej :)

Słońce nad Esją

.
Panorama Reykjaviku. Fotografia wykonana z zachodniej części tarasu widokowego w Perlan.

Miasto u stóp monumentalnej, wysokiej na ponad 900 metrów Esji.

wtorek, 31 marca 2009

Okolice Mýrdalsjökull

.
Jedna z licznych farm. Malowniczy motyw zabudowań
gospodarczych zatopionych w skale nie należy tu do rzadkości.

Ochoczo przybyły do portretu islandzki kuc. Śliczna grzywa
łudząco przypomina modną wśród tutejszej młodzieży fryzurę.

Krajobraz widziany z drogi. Lodowiec Mýrdalsjökull z czynnym wulkanem Katla.

Obwieszony soplami szczyt wodospadu Seljalandsfoss.

Atlantyk i wyspy Vestmannaeyjar w promieniach zachodzącego słońca.

Zachęcam do powiększania - widać więcej i lepiej :)

poniedziałek, 2 marca 2009

Zimowy pejzaż


Farma w okolicy Selfoss. W pasmie gór na horyzoncie wulkan Hekla.

Grimsnes. Widok z krawędzi wygasłego wulkanu.

Kościół i cmentarz w dolinie Þingvellir.

Zdjęcia można powiększyć kliknięciem.

poniedziałek, 16 lutego 2009

W słońcu, we mgle.


Plaża w okolicy Eyrabakki. 08 Luty 2009.

Widok z klifu. Okolice Þorlákshöfn 15 luty 2009.

Zdjęcia oczywiście dają się powiększyć kliknięciem.

Kran w porcie

Islandczycy nie szanują wody. Jest dostępna w nadmiarze, tania, a przy okazji niezwykle czysta (stąd też niepopularność mineralnej w sklepach - ludzie mają ją po prostu w każdym kranie).

Przed dwoma laty, a było to gdzieś w okolicy kwietnia, z pękniętego węża ręcznej myjki na wioskowej stacji benzynowej zaczęła lać się woda. I to wcale nie symbolicznym strumyczkiem. Podejrzewam, że w ciągu minuty udałoby się napełnić nią bez problemu średniej wielkości czajnik. Mijałem ten wąż codziennie w drodze do pracy, miesiąc za miesiącem, a on wciąż ciekł. Zainteresował się nim ktoś dopiero wówczas, gdy nadeszła zima.

Portowy kran więc nie jest tu żadnym wyjątkiem. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że jest zepsuty od miesięcy i zwyczajnie zakręcić się nie da. Nikt widząc taki obrazek raczej nie pomyśli o kosztach. A już na pewno nie o usychających z pragnienia Etiopczykach, którzy niechybnie dali by wiele za możliwość teleportacji kranu do siebie.



środa, 28 stycznia 2009

Stłuczka

Był późny listopadowy wieczór. Wracałem właśnie z Reykjaviku z oględzin antyrządowej demonstracji pod parlamentem. Protesty takie odbywały się systematycznie od pierwszych dni kryzysu w każdą sobotę i miały jak dotychczas charakter raczej kameralny – bez kamieni, gazów bojowych, przewracania radiowozów, tłuczenia witryn, ofiar i krwi. I tym razem czyny ograniczyły się wyłącznie do rozsypania niewielkiej ilości kartofli przed wejściem do parlamentu przez zamaskowanego osobnika w stroju świętego Mikołaja. Nieliczny tłum nie falował, nie wydawał groźnych pomruków - stał w milczeniu. Transparenty i trzymane na długich tyczkach tablice manifestowały rozdarcie, brak przywództwa i zwartej koncepcji. Błękitne flagi Unii Europejskiej powiewające dumnie obok haseł „precz z unią”, „chcemy dolara” obok „przystąpmy do strefy euro”. Co do jednego jednak manifestanci byli zgodni: Geir musi odejść. Żądali ustąpienia wiecznie uśmiechniętego premiera Haarde i jego nieudolnego rządu, lecz co jednak miałby uczynić Ten Nowy, nie było już takie jasne. Może po prostu miał nacisnąć jakiś tajny guziczek i tym jednym pstryknięciem na powrót uczynić Islandię najszczęśliwszym miejscem na ziemi? Kto wie.


Rozmyślając tak o tym i o owym wjechałem na rondo. Asfalt był czarny i szorstki, a okoliczne latarnie dobrze oświetlały pustą jezdnię. Jechałem prawym pasem, prosto na Vik. Na wysokości pierwszego zjazdu zaczęło mnie wyprzedzać lewą stroną poruszające się z dużą prędkością Czarne Coś. Mówię „coś”, gdyż w pierwszej chwili byłem zupełnie zdezorientowany – nie widziałem świateł tego samochodu za nami, nie było go też wcześniej na rondzie. Pojawił się jak widmo, i gdyby dokończył manewr znikając za horyzontem przed moimi oczyma, mógłbym sądzić, że nie był do końca realny. Jednak gdy znalazł się dokładnie na mojej wysokości, gwałtownie odbił w prawo i staranował mój lewy błotnik. Nie było to zbyt silne uderzenie, gdyż poczuwszy opór natychmiast powrócił na swój pas i kontynuował jazdę jakby nic się nie stało, lecz ja wiedziony złym przeczuciem zjechałem na pobocze i wysiadłem. Rzut oka na samochód wystarczył bym zaczął szukać wzrokiem sprawcy. Ulica pusta, rodno puste, uciekł. Nie, jest jednak, wynurzył się zza pagórka i podjechał tam, gdzie stałem. Czarny, kilkuletni Volkswagen Golf. Z wnętrza wynurzył się blady i pokryty pryszczami młodzieniec.

- Wszystko w porządku? – zagaił takim tonem, jakby pytanie było retoryczne, a moja odpowiedź oczywista. – Bo u mnie ok.

I rzeczywiście. Na jego samochodzie tylko dwie liche, ledwie dostrzegalne ryski, u mnie zaś pognieciony przedni błotnik i roztrzaskany spoiler. Poczułem jak krew pulsuje mi w skroniach.

- Nic nie jest w porządku – powiedziałem – wzywamy policję.


Radiowóz pojawił się w ciągu minuty. Zupełnie tak, jakby zdarzenie do którego przyjechał było tym jedynym i od dawna wyczekiwanym. Śliczne, duże Volvo migające kolorowymi lampkami z parą policjantów w pełnym rynsztunku wewnątrz. Ku memu zdziwieniu jednak żaden z nich nie wysiadł z samochodu. Przyglądali się nam tylko zza przyciemnianych szyb, od czasu do czasu patrzyli na siebie i wymieniali jakieś uwagi. Minuty mijały, ziąb narastał, a oni wciąż tam siedzieli, jakby zakłopotani i niepewni swojej roli. Przed upływem kwadransa uchylili jedno z okien do polowy i tak zaczęliśmy rozmawiać. Oni w wygodnych fotelach w ciepłym wnętrzu, my na zewnątrz z marznącymi uszami. Niezwłocznie po ustaleniu języka w jakim będę się z nimi porozumiewał, przeszedłem do sedna czyli mej wersji zdarzeń. Tocząc opowieść zachęciłem policjanta by wysiadł, by móc mu opisać dokładniej przebieg wypadków na miejscu. Wlókł się za mną, przyglądał i słuchał niechętnie, jakby trochę się męcząc. Elementy szczególnie dla mnie istotne starałem się w miarę możliwości podkreślić, to demonstracją czy gestykulacją, to powtórzeniami. Wróciliśmy do samochodu. Dopiero wtedy raczono zaprosić mnie i bladego młodzieńca do środka. Dokumenty, procedura sprawdzania pojazdów i osób przez radio, lecz bez żadnej kontroli alkomatem. Było przyjemnie, ciepło, wręcz sennie. Różnokolorowe lampki bogatego wyposażenia migały, jakby delikatnie się uśmiechając, i muszę tu przyznać, że robiły na mnie naprawdę świetne, jeśli nie najlepsze, wrażenie. Funkcjonariusz będący ze mną na obchodzie wyciągnął z kieszeni pod deską rozdzielczą standardowy formularz A4, zupełnie taki sam jaki większość kierowców wozi tutaj ze sobą na wypadek stłuczki, by móc go samodzielnie wypełnić, i nie spiesząc się zaczął zapisywać rubryki. W międzyczasie Hlymur, bo tak było młodzieńcowi z opryszczką na imię, żwawo coś opowiadał drugiemu. Niedostateczna znajomość islandzkiego sprawiała jednak, że zacząłem czuć się niepewnie. Świeżo ukończony szkic zdarzeń na formularzu był, co udało mi się podejrzeć przez ramię, w zasadzie zgodny z moją wersją, jednak brak wiedzy na temat wersji Hlymura powodował zbyt silny niepokój…



- To jak Pan sądzi, kto tu jest winien – zdecydowałem się zapytać.

I ku memu zdziwieniu usłyszałem coś, czego nigdy bym się w takiej sytuacji nie spodziewał:

- Nie wiem – odparł z zadziwiającym spokojem policjant. – Tu musi Pan zadzwonić – dodał wskazując zakrzywionym palcem dane mego ubezpieczyciela w formularzu – oni Panu powiedzą.


Wracałem wściekły. Na siebie, Hlymura, rękę którą mu podałem na pożegnanie. Na nic zdał się uspokajający głos podróżującej ze mną znajomej. Prosta sytuacja z łatwo dającymi się odgadnąć implikacjami, nagle okazała się niezrozumiała, zagadkowa oraz, co miał potwierdzić dalszy rozwój wypadków, zupełnie nieprzewidywalna. Mknąłem naprzód. Dookoła było już tylko nieprzeniknione czarne niebo, bezmiar otaczającej tundry i lodowaty, świszczący dziko wiatr.


W poniedziałek skoro świt udałem się do wioskowego przedstawicielstwa swojej ubezpieczalni o wdzięcznej nazwie VIS. Konsultacja jaką przeprowadziłem wcześniej ze znajomym - czystej krwi Islandczykiem, wprowadziła do mego serca dodatkowy niepokój. Poddał on bowiem w wątpliwość moje niezachwiane przeświadczenie, co do własnej niewinności. W świetle islandzkich przepisów, pojazd znajdujący się na wewnętrznym pasie ronda miał mieć zawsze i bezwzględnie pierwszeństwo. Mimo to uważałem jednak, że to Hlymur popełnił błąd. Jechał za szybko, uderzył mnie podczas wyprzedzania, i jeśli rzeczywiście chciał zjechać od razu w prawo, powinien raczej pojechać po zewnętrznej. Poza tym, choć to na Islandii typowe i nie dziwiło mnie wcale, nie użył kierunkowskazu.

Pani z Vátryggingafélag przyjęła zgłoszenie życzliwie i ciepło oraz zaleciła bym uzbroił się w cierpliwość. By dopełnić formalności rzuciła jeszcze okiem na samochód, stwierdziła że zdjęcia nie będą potrzebne, i poleciła krótko opisać zdarzenie na kopii formularza, jaką otrzymałem feralnego wieczoru. Odpowiedź rozstrzygająca winę miała nadejść w ciągu kilku dni.


Telefon zadzwonił po tygodniu. Zdziwiłem się, gdyż na Islandii takich zapewnień nie można traktować dosłowne, a dziewięćdziesiąt dziewięć procent Islandczyków mówiących, że oddzwoni, nie oddzwania nigdy. Słowa i obietnice nie mają tu właściwej mocy, a jako że problem ten dotyczy wszystkich, nikt nikomu nie zarzuci przecież, że jest nierzetelny i niesłowny. Brak samokrytycyzmu i karmiąca się historią megalomania to tutaj norma.

Udałem się do biura. W powietrzu jak zwykle unosiła się subtelna woń tonera do kserokopiarki i suszonej ryby. Ciasnota, rozrzucone w nieładzie papiery na stłoczonych meblach i rodzinne zdjęcia na pokrytych boazerią ścianach idealnie podkreślały prowincjonalny charakter tego miejsca.

- Wszystko już jasne – oznajmiła Pani poprawiając kosmyk rzadkich blond włosów na wysokim czole – Orzeczono winę, którą ponosi w sześćdziesięciu siedmiu procentach Hlymur Arnarsson i w trzydziestu trzech Ty. Myślę, że najprościej będzie jeśli szkodę pokryje Twoja polisa AC, a Hlymur odda nam odpowiednią dla swojej winy część po naprawie szkody. Tutaj mam listę warsztatów w Selfoss, z usług których można skorzystać… Jeśli pamiętasz, z własnej kieszeni musisz zapłacić 53.000 koron podstawy, my zaś pokryjemy resztę. Później udasz się z rachunkiem od mechanika do przedstawicielstwa ubezpieczyciela Hlymura, czyli TM w Selfoss, i oni tam Ci oddadzą te 67 procent…

Słuchałem osłupiały. Cóż to za kuriozum by dzielić winę na procenty?! I na jakiej podstawie 33 dla mnie? Bo jadąc prosto powinienem być na lewym, a nie prawym pasie? Kręciło mi się trochę w głowie, ale nie polemizowałem. Mimo wszystko rezultat pozostawał dla mnie jeszcze do zaakceptowania.

- Czyli z rachunkiem idę do TM? - zacząłem niepewnie

- Taaak – szybko potwierdziła Pani – a oni oddadzą pieniądze – dodała, a na jej twarzy rozlał się najpiękniejszy z uśmiechów. Zupełnie jakbym był kimś wyjątkowym.


No, teraz już pójdzie gładko – pomyślałem oddychając z ulgą – przynajmniej sytuacja jest jasna.


Spadł śnieg, demonstracje trwały, premier wciąż się uśmiechał, a ja czekałem. Po upływie może dwóch tygodni samochód trafił w ręce fachowców, a po kolejnych trzech dniach był już gotowy. Owszem, w sumie troszkę to trwało, ale któż dziś zostaje obsłużony od razu. Rozczarowywał tylko rachunek na sumę 53 tysięcy, które musiałem zapłacić, a konkretnie jego znikoma powierzchnia, nie przekraczająca dziesięciu centymetrów kwadratowych. Gdy upomniałem się o coś większego, może w słusznym formacie A4, mechanik uspokoił mnie, że to absolutnie wystarczy. Dogryzmolił u dołu swój podpis i dodał, że w razie wątpliwości zawsze przecież mogą zadzwonić.


Tuż przed świętami Bożego Narodzenia przekroczyłem próg gustownie urządzonej filii TM w Selfoss. Było pusto, jedynie w hallu na skórzanej sofie za 200 tysięcy leżał, sprawiając wrażenie mocno znudzonego, jakiś mężczyzna.

- Ach witam, witam – zagaił nim zdążyłem podejść – Cóż sprowadza w nasze skromne progi?

W skrócie opisałem mu powód mojej wizyty. Słuchał leżąc. Gdy skończyłem usiadł i zaczął drapać się w stopę.

- Nno nie wiem… doprawdy nie wiem – powiedział przechodząc w skarpetach do przeszklonego boksu z komputerem – Nie znam tej sprawy.

Szybkie przeszukanie bazy danych niestety nie przyniosło oczekiwanego rezultatu.

- Dobrze więc – rzekł ujmując słuchawkę – zadzwonię do centrali.

Telefonu jednak nikt nie odbierał. Nie było słychać nic, żadnych głosów ulicy, piosenki w radio, tylko to przeklęte pii pii w jego słuchawce.

- Wiesz co? – skonstatował po krótkim namyśle – Teraz to już wszyscy żyją świętami… Wróćmy do sprawy w nowym roku, dobrze?

I cóż miałem począć… Pożegnaliśmy się życząc sobie Wesołych Świąt. Byłem wściekły.


Drugiego stycznia udałem się do mojej wioskowej Pani. Nie wiem już czy jej zdziwienie było prawdziwe czy udawane… Powiedziałem jej, że powinna zadzwonić i wszystko przy mnie wyjaśnić. I rzeczywiście. Po krótkiej rozmowie telefonicznej z TM wszystko było jasne.

- Oni nie zapłacą – powiedziała cicho nie odwracając się do mnie, a jej twarz nie była ani smutna, ani wesoła… tylko jakaś taka bura… nijaka.

Dowiedziałem się wówczas, że decyzję o podziale winy arbitralnie podjął sam VIS. Nie raczył wysłać żadnych dokumentów czy choćby poinformować TM o sprawie, a mnie bezczelnie tam wysłał z jakimś świstkiem! I gdy zdałem sobie z tego sprawę, zagotowało się we mnie.


Obiecała, że sprawdzi co w tej sytuacji można zrobić i oddzwoni - i oddzwoniła. Zapewniła, że wkrótce zbierze się specjalna komisja złożona z przedstawicieli różnych towarzystw ubezpieczeniowych, by orzec winę. Ktoś miał zadzwonić - i zadzwonił. Powiedział, że podział win pozostaje bez zmian, i że mogę jechać do Selfoss po moje 67 procent. Mimo to niedowierzałem. Nawet wówczas, gdy kobieta z TM przyjmowała ode mnie nieszczęsny paragon i dane mojego konta…


W ubiegły piątek przyszedł obiecany przelew. I nie żadne tam 67 procent lecz całe 53 tysiące. Nie wiem dlaczego, ale też nie będę dociekał. W sobotę po raz kolejny tłum zaatakował parlament. Tym razem bardziej zdecydowanie - kamieniami. Premier ustąpił.

Przypomniały mi się wówczas słowa wypowiedziane w kontekście całej tej historii z samochodem przez znajomego Islandczyka, montera lodówek przemysłowych:

- To będzie trwało dni, tygodnie, może miesiące… Ale musisz codziennie tam być, przypominać im i mówić. Że wciąż jesteś.



* Wszystkie opisane wydarzenia i osoby są prawdziwe.

czwartek, 1 stycznia 2009

Ku przyszłości

Noworoczne życzenia zawsze są takie same. By było lepiej, a przynajmniej nie gorzej niż w mijającym roku, byśmy byli zdrowi, szczęśliwi, by spełniały się nasze marzenia etc. Przez krótką chwilę karmimy się nadzieją i optymizmem, przyszłość jak świeży arkusz papieru jest nienapisana i wciąż śnieżnobiała. Odrzucając jednak ułudę myślenia życzeniowego, sądzę że lepsze będą konkretne postanowienia i konsekwencja w ich realizacji. By osobisty udział w zapisie był jak największy. Tego też, oraz odrobiny szczęścia w tym roku sobie i wszystkim życzę.

Społeczność Þorlákshöfn świętowała najpierw na tradycyjnym islandzkim ognisku z europalet i pokazie sztucznych ogni finansowanym przez Ratusz, później w domach i na ulicach. Spokojnie i bez godnych odnotowania ekscesów.

Tradycyjne islandzkie ognisko...

czyli ofiara całopalna z europalet.

Feta oficjalna o osiemnastej ...

oraz race z przydomowych ogródków o północy.

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Wieloryb na niedzielę

Kilka dni temu podczas sztormu ocean wyrzucił zwłoki wieloryba. Jak można zauważyć na zdjęciach są niestety mocno pokiereszowane przez skały i poważnie nadgryzione zębem czasu, tak że trudno mi, jako osobie nie będącej ani wielorybnikiem ani miłośnikiem tych ssaków, ocenić do jakiego dokładnie gatunku należą. Sądząc po ich rozmiarach mniemać mogę tylko, że ten egzemplarz życiem nie cieszył się raczej zbyt długo.


Zezwłok nie jest wprawdzie w stanie dorównać okazałemu trupowi kaszalota, z jakim miałem do czynienia w ubiegłym roku, ale jako obiekt pielgrzymek zdecydowanie stał się główną atrakcją, nie tylko mojej, niedzielnej przechadzki. Zwyczajnie nie ma zbyt wielu okazji, by popatrzeć na wieloryby całe czy we fragmentach. Mimo wszystko.

niedziela, 21 grudnia 2008

Świąteczne iluminacje

Boże Narodzenie tuż tuż. Ciemności zajmują już prawie dwadzieścia godzin doby i wciąż rosną. By wyzwolić świąteczny nastrój i osłodzić napierający mrok, Islandczycy tradycyjnie iluminują swe domy. Dzięki taniej energii, pochodzącej głównie z elektrowni geotermalnych, mimo trwającego kryzysu mogą sobie pozwolić na światła godne niekiedy samego Las Vegas.

Dominują jednak dekoracje mniej wyzywające i bardziej gustowne, najczęściej ograniczone do kolorowych lampek okalających dach, podświetlonych drzewek i kilku bałwanków czy renifera.


Symbolika najczęściej jest jednak świecka. Dzieciątko Jezus w starciu z Gufim pozostaje bez szans. Swoją drogą ciekawe ile osób podczas tych świąt zastanawiać się będzie na serio nad ich przyczyną. Zapewne niewiele, bo i po co?

Tak czy siak jest niebrzydko, by nie rzec ładnie. Również z daleka. Miło jest stąpać po chrupiącym śniegu i patrzeć.


- wszystkie zdjęcia można oczywiście powiększyć kliknięciem -

wtorek, 25 listopada 2008

Niegodziwość i śmierć

Ceny rosną. Z tygodnia na tydzień drożeją zaciągnięte kredyty, żywność, przedmioty codziennego użytku czy dobra luksusowe, dotychczas uważane tutaj za standard. Rośnie również cena śmierci.

Najwięcej kosztuje trumna - od 120 tysięcy koron (ok. 2600 zł) w górę. Za wyprowadzenie i pogrzebanie ciała trzeba zapłacić dalsze 80 000. Nad mogiłą jakiś krzyż - najprostszy drewniany kosztuje ca. 10 000, do tego wypadałoby coś na nim napisać (7 000).

Na tym w zasadzie można by rzecz zakończyć, ale niestety człowiek własny pogrzeb ma tylko raz w życiu i nie godzi się przecież chować go na oczach krewnych i znajomych, jak psa pod płotem. Do listy wydatków trzeba dopisać więc koszta oprawy czyli ozdoby i wieńce (24 000) oraz część artystyczną (organista - 14 000 oraz do wyboru: sześcioosobowy chór za 60 000 lub pojedynczy śpiewak za 17 000). W ofertach firm pogrzebowych, podawanych zresztą w sposób dość bezceremonialny, każdy niemal przedmiot czy usługa związana z pochówkiem jest osobno wyszczególniona, tak by każdy mógł skomponować wszystko sam względem potrzeb i możliwości finansowych. Rezygnując na przykład z wystawienia zwłok można zaoszczędzić na ich ubraniu (7 000) czy wyściółce trumny (15 500).

Źródło: http://www.utfor.is/

Łączny koszt pogrzebu w wersji zawierającej najważniejsze elementy to 300 - 400 tysięcy koron czyli jakieś dwie do trzech miesięcznych wypłat. Niemało. Można by teraz szybko policzyć ile za tę okrągłą sumkę udało by się spłacić rat za mieszkanie, plazmę i samochody, ile kupiło by się żywności i innych niezbędnych dóbr....

Trudno o inny wniosek niż ten, że mimo korzystnych rat, jakie proponują domy pogrzebowe, umieranie w tych trudnych czasach jest wobec najbliższych zwyczajną niegodziwością.

Pieniądze? Któż pomyślałby o nich w obliczu tak uroczego zakątka...

niedziela, 19 października 2008

W kwietniu będzie lepiej

- W kwietniu będzie lepiej - pocieszała mnie ostatnio znajoma.
- Dlaczego w przyszłym roku i to akurat w kwietniu - przemknęło mi przez głowę - Może posiada jakąś tajemną wiedzę dla mnie z wielu przyczyn niedostępną?
Otóż nie. Żadnych konkretnych przesłanek, znaków czy zwiastunów. Tylko wiara. A kwiecień to przypadkowe choć konieczne nadanie proroctwu namacalności i bardziej realnego wymiaru. Równie dobrze mógłby to być lipiec czy wrzesień, ale do kwietnia bliżej...
- Putin pożyczył pieniądze - wtrąca triumfalnie ktoś inny - Cztery miliardy euro.
Tak naprawdę jeszcze nie pożyczył, a ledwie się zastanawia. Zresztą Rosja, której dług publiczny przekroczył 40% PKB, sama zaczyna mieć problemy. Nawet jeśli Islandia otrzyma te pieniądze to nie jest to suma, która mogłaby rozwiązać problem. No i pieniądze trzeba będzie oddać.

Bank bez pieniędzy.

Znajoma mieszka na Islandii od 20 lat i oczywiście myśl o wyjeździe nawet nie przemknie jej przez głowę. Wie, że nie będzie łatwo, ale tutaj jest jej dom na dobre i na złe. Mąż i Islandczyk i dzieci, które nie mówią po polsku. By przetrwać musi mieć nadzieję. Jak większość.

Nadzieja ściska serce
Serce boli
Sprytna przychodzi śmierć
Często jako nadzieja

Ci Polacy którzy jej nie mają wyjeżdżają, nierzadko zabierając ze sobą niespłacone samochody. Naiwni i łatwowierni Islandczycy zorientowali się jednak i zaczęli je teraz cofać z Norwegii. Tym, którym się nie udało, będą musiały wystarczyć piękne wspomnienia...

A tak naprawdę nie dzieje się jeszcze nic strasznego. Sklepy wciąż są pełne towarów, a dzięki niskiej cenie ropy na światowych rynkach benzyna z każdym dniem i tutaj staje się tańsza.

Jak widać w sklepach jeszcze jest w czym wybierać.

Gazety tylko straszyły, bo dobry news musi zawierać dreszczyk emocji. Groźba wiszącego nad Islandią bankructwa wydaje się niemożliwa. Bo i niby jak miałoby ono wyglądać?


niedziela, 5 października 2008

Kronika grzebania żywcem

Ostatnie dni obfitowały w zdarzenia, których skala przerosła z pewnością najczarniejsze scenariusze. Szok i przerażenie. Oto krótka kronika gwałtownych i mrożących krew w żyłach wypadków.

29 września 2008, Poniedziałek

Rząd kupuje 75% udziałów w trzecim co do wielkości islandzkim banku Glitnir. Rzecz w zasadzie nie nadzwyczajna, gdyż tego dnia podobne działania podejmowane są w wielu europejskich krajach. Celem operacji jest wprowadzenie równowagi na rynku finansowym.
Jeszcze w piątek bank wart 230 miliardów koron, w chwili przejęcia wyceniony zostaje na ledwie 120 miliardów. Wartość pakietu akcji za milion koron spada do 120 tysięcy. Udziałowcy płaczą. Największy z nich, spółka Stoðir, traci w ciągu tego weekendu 61 miliardów.

Islandzka waluta zniżkuje. Prawie cztery procent w tym dniu.

30 września 2008, Wtorek

Deprecjacja korony o dalsze 4,8 % - rynek gwałtownie reaguje na przejęcie Glitnir. Spada zaufanie do islandzkiej gospodarki i ocen jej możliwości finansowych. Kosztujące 148 koron euro w stosunku do ubiegłorocznego lata jest już droższe o prawie 70 koron.

Kurs euro od 2007 roku.

- Ludzie wychodzą ze sklepów z koszami pełnymi żywności i nie płacą za nią - żali się na łamach DV szef sieci tanich sklepów Bónus.

2 październik 2008, Czwartek

Korona traci kolejne 4%. Za jedno euro trzeba zapłacić już ponad 160 ISK. Gwałtownie pogarsza się sytuacja ludzi spłacających kredyty walutowe czyli większości Islandczyków. Domy kosztują zbyt wiele, by móc kupić je za gotówkę.

- Islandzka łódź tonie, uratują się tylko nieliczni - wieszczy znany i lubiany piosenkarz Bubbi Morthens. - Straciłem wszystko. Oszczędności, przyszłą emeryturę, a może nawet i dom.
Bubbi miał pecha. Zainwestował pieniądze nie tam gdzie trzeba.

Sklepy zachęcają do robienia świątecznych zakupów.
- Nie będziemy w stanie utrzymać cen na obecnym poziomie - ostrzega Óttar Sigurbergsson z Elko - Jak wysokie będą, tego nie wie nikt.

Pojawiają się pierwsze doniesienia o grupowych zwolnieniach w zakładach pracy.

3 październik 2008, Piątek

Zagraniczne banki wstrzymały kredyty dla islandzkich przedsiębiorstw. Korona stała się niewymienialna.

Firmy zaopatrujące Islandię w paliwo nie są w stanie zakupić benzyny czy ropy, a ich istniejące zapasy mają wystarczyć na 30-40 dni. Wyspie grozi paraliż komunikacyjny.

Sieć marketów spożywczych zachęca do robienia zapasów, gdyż wkrótce w sklepach zabraknąć może towaru. Pozostanie tylko to co uda wyprodukować się na Islandii - baranina, ryby i pomidory.

Chyba czas zapalić już świeczkę...

6 październik 2008, Poniedziałek


Parlament przyjmuje ustawę o sytuacji wyjątkowej, na mocy której państwo ma prawo interweniować w działalność banków, funduszy oszczędnościowych i innych przedsiębiorstw finansowych.

Premier Geir Haarde w swoim wystąpieniu nie omieszkał ostrzec, że zaangażowanie się państwa w pomoc upadającym bankom może doprowadzić do bankructwa Islandii. Aktywa banków przekraczały dziewięciokrotnie PKB całego kraju.

7 październik 2008, Wtorek

Państwo przejmuje kolejny bankrutujący bank - Landsbanki.

- Starzy przyjaciele zawiedli więc musieliśmy poszukać nowych - skomentował premier na konferencji prasowej informację o pożyczce udzielonej Islandii przez Rosję.


Dobra nowina

Blef miał jednak bardzo krótkie nóżki - jeszcze tego samego dnia Rosjanie zdecydowanie zaprzeczyli.

Bank Papierów Wartościowych zamraża kursy walut na poziomie wskaźnika inflacji. "Korona wraca do życia" - cieszy się dziennik DV donosząc, że euro kosztuje znów 136 koron . Ale cóż to za życie, kiedy prawdziwych pieniędzy nie można już kupić. Islandczycy przebywający za granicą ze zgrozą dowiadują się przeglądając internetowe historie swoich rachunków bankowych, że korony na ich kartach płatniczych przeliczane są po zupełnie innym kursie (powyżej 200 za euro).

Na polecenie Ministra zdrowia Guðlaugura Þórðarssona, szpitale psychiatryczne przygotowują się intensywnie na przyjęcie nowych zastępów chorych.

8 październik 2008, Środa

Rząd przejmuje ogołocony z gotówki bank Glitnir. Nie ma już mowy o wykupie 75% udziałów - jest nacjonalizacja. Akcjonariusze opłakujący przed tygodniem gwałtowny spadek posiadanych przez siebie udziałów, teraz mogą strzelić sobie w łeb. Stracili wszystko.

Gordon Brown atakuje Islandię, która nie ma zamiaru ponosić odpowiedzialności za oszczędności Brytyjczyków powierzone Icesave - działającej na Wyspach filii Landsbanki. Plajtujący bank zamroził wszelkie ruchy na kontach swych zagranicznych oddziałów. Wartość pozostawionych w nich lokat tylko w Wielkiej Brytanii przekracza 4 miliardy funtów od osób prywatnych.

9 październik 2008, Czwartek

Premier Geir Haarde, jeszcze wczoraj wyrażający swe pełne zaufanie do banku Kaupþing, dziś mówi o jego nacjonalizacji. Ostatni z wielkich islandzkich banków podziela los poprzedników.

Prasa informuje o pobycie prezydenta Islandii Ólafa Ragnara Grímssona na oddziale kardiologicznym szpitala Háskólasjúkrahúss. Donosi również o masowych wyjazdach pracujących licznie na wyspie Polaków.

10 październik 2008, Piątek

ODDAJCIE NAM NASZE PIENIĄDZE - pisze Daily Telegraph na stronie tytułowej dzisiejszego wydania. Gordon jest wściekły. Dowiedział się o 137 miliardach koron utopionych w Icesave przez brytyjskie gminy.

New York Times zauważa, że jedynym rozwiązaniem jakie pozostało Islandii jest zwrócenie się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Czy dumni Islandczycy, jeszcze wczoraj jeden z najbogatszych narodów świata, mogliby znieść zejście do poziomu Somalii?

źródło: Fréttablaðið

wtorek, 22 lipca 2008

Dziwadło

Wolał owce od miliardów - podsumował dziennik DV rolnika Sigurðura Hannessona, który odrzucił ofertę kupna swej ziemi w okolicy Þingvallavatn (ślicznej zresztą) za równowartość bez mała 111 nowiutkich Porshe Cayenne czyli prawie miliard koron. Pominę szczegóły, co można by zrobić z takimi pieniędzmi na Islandii czy gdziekolwiek indziej - wiadomo, że dużo. A o ileż więcej można skonsumować dysponując majątkiem Björgólfsa Thora Björgólfssona (najbogatszy w aktualnym rankingu Islandczyk), który gdyby tylko chciał mógłby przez 80 lat codziennie jeździć nowym Porsche wyrzucając stare, niczym skarpetki niewarte wyprania...
Zanurzając się w podobnych refleksjach dotarłem w końcu do pytania - o czym marzą ludzie obrzydliwie bogaci, czego im brak. Wątpię by Thor był w stanie mówić przez te wszystkie lata spędzone na rozdziewiczaniu luksusowych aut - tak, jestem szczęśliwy i spełniony.
Wysoki stan posiadania i ducha niekoniecznie chadzają parami. Owszem, to truizm. Ale o jego istnieniu na co dzień, jakby nie sposób pamiętać.

Farma gdzieś na południu Islandii.
Z pewnością to miłe, móc zasypiać i budzić się w takim miejscu...

niedziela, 6 lipca 2008

Rumuni pokładają się ze śmiechu

Przed tygodniem dziennik DV obwieścił na swej stronie internetowej kolejne zwycięstwo organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Pod koniec maja islandzka Policja zatrzymała dwóch młodych Rumunów, którzy przylecieli na Islandię płacąc za samolot kradzioną kartą kredytową. Jak się okazało chłopcy nie przyjechali po to, by podziwiać nieskalane piękno tundry, czy wspomóc słabnącą islandzką gospodarkę pracą rumuńskich jurnych mięśni - ich prawdziwym celem były bankomaty pełne szeleszczących koron, tracących wprawdzie z dnia na dzień na wartości, ale dających się zawsze wymienić na prawdziwe pieniądze. Rabunku zamierzali dokonać przy pomocy skradzionych kodów magnetycznych zapisanych na licznych kartach płatniczych in blanco, którymi wypchane były ich kieszenie. Policja zamiar udaremniła, a sąd w szybkim procesie młodzików skazał. Kara być może niezbyt surowa, ale wystarczająca, by móc przemyśleć w swoim życiu to i owo - 35 dni więzienia.


Kameralny kompleks więzienny z widokiem na ocean w Eyrabakki.

Zastanawiałem się czego ta historia może kwiat rumuńskiej młodzieży nauczyć. Wniosek jest natrętny i oczywisty - udając się na kolejne tournee po bankomatach w Islandii podróż opłać gotówką (nigdy nie używaj w tym celu kradzionej karty kredytowej)!
A 35 dni wyroku? Islandzkie więzienia słyną z komfortowych warunków: jasne jednoosobowe cele, szerokopasmowy internet, doskonałe wyposażenie, wyśmienita kuchnia - walory można tu mnożyć. Dla Rumunów będzie to jak czas darowanych wakacji, a także refleksji, by kolejny plan zrealizować bez powielania dawnych błędów.


Spacerniak w Eyrabakki .
(tak czystego i bogatego w jód powietrza może pozazdrościć niejedno uzdrowisko)